niedziela, 29 grudnia 2013

Gdy się Chrystus rodzi...




           No właśnie. Gdy obchodziliśmy Święta Bożego Narodzenia, nasz syneczek skończył 9 miesięcy. 9! Dziewięć!


            To było kolejne 9 miesięcy od momentu porodu. Czekałam na ten dzień. Byłam ciekawa jak świat będzie wyglądał po tym szczególnym czasie. Nie mogłam sobie tego wyobrazić, to wydawało się takie odległe. A jednak. Nastało szybko. Obracaliśmy się w naszym życiu, aż stuknęła nam ta dziewiątka.


          Na 9 miesięcy po porodzie czuję, że współgramy ze sobą idealnie! Czuję, że jesteśmy dla siebie stworzeni, doszlifowani. Idealnie pasujące do siebie trzy elementy. Tata, mama i dziecko. 





          Uwielbiam kiedy Antoni przytula się do nas. Tak, przytula się: kładzie główkę na ramieniu, często głaszcze nas przy tym. Mnie daje się pocałować w usteczka, na Michałową prośbę o buziaka - wystawia czółko. Uwielbiam te chwile kiedy jesteśmy blisko we trójkę, kiedy "kitrasimy" się w w łóżku, przytulamy na środku przedpokoju lub "razem" sikamy w łazience. Zapamiętuję te chwile. Widzę szczęście w oczach moich chłopców. 

          Duma mnie rozpiera kiedy widzę, że Michał wspaniale sobie radzi z naszym synem. Wzrusza mnie zaufanie Antoniego w działanie Michała. Choć trochę zazdrosna - puchnę z dumy kiedy Antek chce na rączki do taty a nie do mnie.










          Anteczek w ekspresowym tempie się rozwija, zadziwia nas. To nasze pierwsze dziecko, nie wiedzieliśmy, że wszystko tak szybko się dzieje!


          Antuan perfekcyjnie robi cyklopa, przybija piątkę (kilka razy uderza w dorosłą dłoń), sam rozpoczyna zabawę w "a kuku", daje łapkę w geście "cześć", zrzuca przedmioty z wysokości, patrzy w dół, zerka na nas i teatralnie mówi:
- Ba!

           Nazywa kota "Bu", człapie za nami wszędzie, zapytany czy chce mleczko:
- Cycy (tsytsy) - odpowiada z nieukrywaną radością.

          Robi tacie "papa" na do widzenia, chodzi przy meblach i trzymany za dwie rączki, próbuje stać bez trzymanki. Poproszony kładzie główkę na podusię i na kocie. Śpiewa sobie (mruczy) przed zaśnięciem. Nie smakują mu banany (pierwsza rzecz, której odmawia). Zasypia w samochodzie (o cudowny nasz nowy foteliku!). Odkopuje się spod kołdry jak jakiś duży chłopiec. Nie i koniec, nóżki mają być na wierzchu! Zapytany pokazuje gdzie ktoś (lub coś) ma nos i ucho. Pije z trzymanego przez nas kubka (lub szklanki/butelki). Chwyta jedzenie w dwa paluszki: kciuk i wskazujący. Rozgadał się po swojemu. Lubi oglądać książeczki, ale szybko i co trzecią stronę^^.

           Waży 11,5 kg, nosi ubranka 86-92 (w chuście spodnie nawet 98). Ma 8 zębów i podciętą grzywkę. Ciągle nie ważymy razem tyle ile ważyliśmy jadąc na porodówkę!


          Lubi być brany na ręce przez tatę i nie zawsze chce do mnie wrócić (serce mi rośnie! Takiego ojca dla mojego dziecka chciałam!). Załatwia się w pieluchy, do nocnika i do toalety. Mówi "mamamama" na mnie i "tatatatata" na Michała. Lubi telefony i piloty. Lubi kiedy mu śpiewam. Nie lubi kiedy wariujemy z Michałem - boi się wtedy.



          To dziecko to cud! Cud mój i Michała. Skarb największy, radość nasza. 


          A dla mnie te dziewięć miesięcy? To nieustanny czas pogłębiania pięknej relacji nie tylko z nowym człowiekiem, ale również z moim mężem. To czas kiedy kwitnie we mnie miłość, radości jest znacznie więcej niż smutku, przyjemności niż zmęczenia i wiary w piękno życia niż czegokolwiek innego! To czas kiedy dojrzewałam jeszcze bardziej i kiedy zdałam sobie sprawę, że gotowa jestem stanąć na wysokości zadania by zadbać o nas.






          Z nostalgią wspominam poprzednie dziewięć miesięcy i ten dzień, który jak tafla lustra odbija nową rzeczywistość. Ten dzień, który był bramą do lepszego świata, bo do świata, w którym jest nasz Antoni. Ten dzień, kiedy wśród nas pojawiło się nasze dziecko - dzień porodu.





          

niedziela, 22 grudnia 2013

O produktach PUPUSowych




          [wpis przeniesiony stąd]





          Od razu na wstępie, żeby było jasno: otulacz firmy PUPUS to mój ulubiony Antuanowy otulacz! Moja ulubiona pieluszka!









          Ale, żeby być sprawiedliwą, muszę przyznać, że na początku nie było łatwo, stąd również tak długi czas testowania. Kiedy przyszła do nas przesyłka wyprałam jej zawartość, w międzyczasie zachwycałam się ekopolityką PUPUS. Następnie zaczęłam pierwsze testy.

wtorek, 17 grudnia 2013

Pojechali





    Są już w Krakowie. O 12 samolot zabierze ich do Oslo. Jak sen to wszystko jest. Jak sen.


           Zostałam sama z moim maluchem w tym dużym domu. Piję kawę ze specjalnej filiżanki. Nie mam do tego nic słodkiego - za cukier na mą duszę powtarzam we wspomnieniu ostatni wybuch radości Zosi kiedy otworzyła małe pudełeczko.
- Łał, łał, łał!



          Zosiu, kiedyś Ci powiedziałam, że dostaniesz ode mnie serduszko na łańcuszku. Dotrzymałam danego słowa, myślę, że to odpowiednia pora. Noś blisko swojego serduszka i myśl o cioci Małjoli. Kocham Cię Kruszynko i już tęsknię. Moja Mądralinko Ty.


          Ulko, Ulko, wielkieś mi uczyniła pustki w sercu moim. Łez moich nie widziałaś, bo moim obowiązkiem jest być silniejszą kiedy tego potrzebujesz. Ale łzy były, zawołały nawet przez telefon parę kropel Majsonowych. Teraz pociągam nosem. Bo tęsknię za Tobą.

           Dbaj o Miłoszka, syna naszego wspólnego. Noś go i przyTulaj. Rób to co najlepsze. Ja sprawdzę, pamiętaj!

          Chcę by Kubiczkowo znalazło swoje miejsce na Ziemi między morzem a górami. Byście byli szczęśliwi i każdego dnia radośni. Życzę Wam jak najlepiej.


           Czekam do kwietnia!





poniedziałek, 16 grudnia 2013

Ostatnie chwile




           Siedzę na Kubiczkowym balkonie. Wystawiam twarz do słońca. Jesteśmy tu teraz. Juz jutro ja u siebie, a oni w swojej "Norwedze".


          Smutnam.


środa, 11 grudnia 2013

Pierwsza rozmowa!




          Kilka poranków temu wstaliśmy z mężem jak zwykle, ale Ąte postanowił jeszcze pospać. My zjedliśmy śniadanie, a syn dalej nie wykazywał zainteresowania nowym dniem. Meniu w końcu wybył do pracy, więc chcąc skorzystać z łaskawości syna - wskoczyłam do łóżka i miziam tego mojego stworka po pleckach. Ja odpływam, a ten gościu na przekór mnie zaczął skakać, łazić po łóżku, mierzyć się ze ścianą, witać kota. Jako, że oko mi się przymykało, odłożyłam pociechę do łóżeczka, zasypałam go zabawkami i z nadzieją wróciłam pod pierzynę. Nic z tego. Antosz wzywał mnie do asysty w zabawie. Ze złamanym sercem wstałam, założyłam mu skarpetki i niemal na śpiąco poczłapałam z nim do dużego pokoju.


            Wysypałam klocki, włączyłam Kulę co to hula cały dzień i... dając zły przykład - schowałam swoje kości pod koc na kanapie. O tak. Błogie 10, może piętnaście minut. Walczę ze sobą. Chcę patrzeć jak mój duży chłopczyk samodzielnie się bawi uderzając klockami o siebie, zjadając metki, pokazując Tygryskowi gdzie ma nos. Ale nie mogę, powieka ciężka sama opada. Zasypiam...


          Nagle - BAM! dostałam pulchną łapką w głowę.
- Ooo, cześć syneczku. Co chciałeś - pytam półprzytomnie.
- Tsytsytsy. - WTF!? Moje dziecko mówi!?
- Co chcesz Anteczku? - pytam nie licząc na powtórkę.
- Tsytsytsy - powtarza chłopczyk i patrzy na mnie.
- Chcesz cycusia? - Nie dowierzam, ale cóż, dialog (tak, właśnie dialog!) prowadzę.
- Tsytsytsy - śmieje się i klepie mnie po piersiach.
- No to chodź do mamusi, damy mleczko.


          Mleko chyba wtedy było bananowe - takiego banana miałam na twarzy. Nasz mały, maleńki chłopczyk. Co to sam się jedzenia domaga. Niemożliwe, a jednak!




        Oprócz "tsytsytsy"(które brzmi jak łamane/miękkie c/s przedniojęzykowe), mamy:
- kkkkk na widok Tity,
- tata,
- papa,
- mama,
- baba.

           Żadne z powyższych nie jest tak świadome jak "tsytsytsy". A niech tam nawet ta "mama". To nieistotne^^


















piątek, 6 grudnia 2013

Mikołaj Święty - wchodzi... którędy?




           Dzisiejszą nocą odwiedził nas Mikołaj. Nie taki przebrany pan ze sztuczną brodą - prawdziwy, najprawdziwszy Mikołaj z wielkim brzuchem, wesołą gromadą elfów i trzema parami reniferów. Przyszedł nocą kiedy nasze maluchy spały (Mamuszkowy Ąte i Kubiczątka). Mamuszka na szczęście wszystko widziała!

           Mikołaj przepychał się przez uchylone okno, prawie roztargał sobie kubraczek... Na szczęście dwa elfy pociągnęły go za ręce, a dwa na zewnątrz pchały nogi do środka. Sypał się magiczny złoty pył, który znikał dotknąwszy parapetu tudzież pościeli. Magiczny to był widok. I śmieszny. Mikołaj mamrotał coś o potrzebie przejścia na dietę, ale nie wszystko słyszałam, bo jego przeciskanie przez okno zagłuszało ów mamrot. Słyszałam odgłos niby przeciskanie balonu przez szklaną tubę. Magia!


          Mikołaj, zwyczjajem swoim, podrzucił skromne podarki pod poduszki: Ąte dostał piękną zabawkę drewnianą, Zosia skarpety z reniferami, Miły Szu czapę (taką jak ma Antek!), Kubiczkowa trzy cukierki, Tata Antka - żelki. A Mamuszka? Mamuszka nie znalazła pod podusią nic...


          Ale uwaga, Mamuszka zapomniała, że Mikołaj lubi robić niespodzianki! Wychodząc drzwiami (lodówkowymi - rzecz jasna!) zostawił jeszcze jeden podarek.






           Mamuszka zaraz kawunię sobie zrobi^^ [Edit - już zrobiła]














niedziela, 1 grudnia 2013

Jestę wodzireję




          Słuchajcie, no nie tak miał ten wieczór wyglądać. Chciałam zrobić Uli niespodziankę, miało być babsko, miło i w ogóle. W rezultacie padło na siostrzane wyjście. Pomyślałam, że pójdziemy do kina, później do osiedlowego (tak, tak^^) baru. Ale... okazuje się, że bycie "nieziemskim" wcale nie musi oznaczać, że jest się w czymś dobrym...





          Pojechałyśmy do naszego centrum handlowego. Na miejscu okazało się, że film, który wybrałyśmy będzie wyświetlany dopiero o 21. Reszta, na którą mogłybyśmy się wybrać - to bajki. Grzecznie podziękowałyśmy i zmieniłyśmy kurs (już nieco podupadłam na duchu).


          Postanowiłyśmy "zaszaleć" w środku miasta, bo przecież Andrzejki są. Pójdziemy gdzieś, posiedzimy, wiecie. Zdążę wrócić do domu na usypianie Ąte i wyjdziemy do tego osiedlowego.


          No to pierwszy bar: otwieram wrota, a tam biegające dzieci, pięknie pachnie pizzą. Yhm, Ula pokręciła głową, wyszłyśmy.


          Drugi bar: dzieci brak, muzyka - trochę obciach, ale weszłyśmy. Ula usiadła przy barze, ja poszłam złożyć zamówienie. Towarzyszył mi lepiący wzrok jakiegoś zmęczonego smakosza piwa... Dobrze, bo nudziłabym się stojąc samotnie i czekając aż ktoś mnie obsłuży. Barmanka bardziej zmęczona (przysięgam!) niż ów smakosz rozlała piwo, powycierała i zaniosła mokrą, kapiącą szklankę do tegoż pana. Wróciła i zajęła się swoimi sprawami. Ula dała znak, wyszłyśmy.


          Trzecia knajpa: weszłyśmy, dowiedziałyśmy się, że impreza z rezerwacjami. Koncert bluesowy. Spojrzałam na Ulę, ta nieśmiało dała znak, ale ja nie wiedziałam o co chodzi - kupiłyśmy wejściówki, udałyśmy się do "wodopoju". Wzięłyśmy co trzeba - czyt. piwo dla imprezującej i herbatę dla karmiącej. I jeszcze dwa cukierki z wróżbą. To istotnie. O ironio, o kpiący Losie!




         Godzinę tam wytrzymałyśmy, telefon mój się rozdzwonił (chłopaki, ajm soł sori^^), ale z szacunkiem do kultury... nie poczułyśmy jednak bluesa i zwinęłyśmy żagle. 


          Piersi moje, jakkolwiek bym chciała czy nie chciała - nie pozwoliły zapomnieć o matczynej powinności. Pojechałyśmy do domu, dogadałam się z Antkiem, wyszłyśmy. Byłyśmy w osiedlowym. Tam skusiłam się na piwo. Prawdziwe, lane. Małe z sokiem. Pycha! Wypiłam połowę i zwątpiłam. Jakoś nie podeszło mi. 


          Dostałam telefon, pobiegłam do domu, uspokoiłam syna. Ula dzielnie czekała na mnie prawie 40 minut. Dopiła drinka, moje piwo, wyszłyśmy.


          Kierunek kolejny bar, przecież to miała być niezapomniana impreza... podeszłyśmy pod wybrany lokal, a tam muzyka jak na weselu... Oł maj gasz. Dostałyśmy głupawki i obrałyśmy kierunek: mój dom, duży pokój^^ Telefon znów się rozdzwonił, rechotałyśmy jak szalone, o 22.30 byłyśmy już w kapciach.


          Życie, no życie.


          Jaki z tego wniosek? No taki, że ja na imprezy nie powinnam chodzić, bo to po prostu sensu nie ma. Jednak prawda jest taka, że Ula do końca życia nie zapomni tego wyjścia (i przyjścia^^).





          Fajne było to, że jak już poimprezowała (z moim mężem rzecz jasna - ja spałam z Anteczkiem - bo taki ze mnie imprezator...), przyszła zmarznięta do mnie. Wsunęła się pod kołdrę i przytuliła mnie tak po babsku, siostrzanie, całym ciałem. Jak za dawnych czasów kiedy w dzień się tłukłyśmy a nocą niemal tworzyłyśmy jedno ciało. I tak spałyśmy razem plecki do brzuszka/brzuszek do plecków/pupa do pupy.


          A żeby nie było, że na fb ściema, pokazuję dzisiejszą kawunię z ciachem od Uli. Mniam, pycha!






          Ula, dziękuję za prze-mile spędzony czas. A niech tam kino, bar, drugi bar, koncert w trzecim, czwarty, gdzie Cię zostawiłam i piąty do którego nawet nie weszłyśmy... Najważniejsze dla mnie było nocne przytulańsko:*




poniedziałek, 25 listopada 2013

8 miesięcy innego życia




          Dzisiaj Antuan mój kończy osiem miesięcy. To piękne 8 miesięcy z naszego nowego innego życia. Jego całe życie. Z dnia na dzień zmienia się ten chłopczyk, poznaje coraz więcej skrawków świata, uczy się siebie, nas, życia.


         Dla nas jest wyjątkowy, najdroższy, pasujący do nas. Taki, jakiego potrzebujemy. My jesteśmy (o, mam nadzieję!) tacy, jakich on nas potrzebuje. Współgramy. Tworzymy rodzinę i tak nam dobrze z tym!


          On teraz drzemie, a ja pisząc o nim słyszę jego śmiech. Zamykam oczy i widzę uśmiechnięty pyszczek. Banał, ludzie, co za banał: zakochana jestem w swoim dziecku po uszy, na zabój, skończenie, na zawsze!


          Ssak mój uwielbił sobie moje mleko i jest ono podstawą jego diety. Oprócz tego je... wszystko. No dobra, wszystko to co w domu gotujemy i w zasadzie w większości to co my jemy. Dość, że napiszę, czego nie je: serów pleśniowych, kupnej wędliny, cytrusów (wyskakują mu po nich jakieś plamki), nie podajemy mu też alkoholu^^ i ogólnie używek dla dorosłych, m.in. słodyczy.  Poza tym "wciąga" - całe spektrum dań, warzywa surowe, gotowane, owoce, przetwory owocowe, nabiał. Pije wodę. (Ostatnimi czasy nie zapraszam gości kawowych do kuchni - tam permanentny bałagan, a z resztek jedzenia, które Antek wyrzuca, Bo Lubi Wyrzucać, można by ugotować niezłą kolację^^)

           Dzielnie ćwiczy wstawanie, czasem uda mu się przeraczkować do przodu. Z dokładnością laboratoryjną wyłapuje wszystkie paprochy z podłogi i kłóci się o nie, kiedy mu zabierzemy. Chustonosić się uwielbia. Nie marudzi bez potrzeby. Po połowie korzysta z nocnika i pieluch. Ma 6 ząbków, parę razy ugryzł mnie w ramię. Nie toleruje fotelika samochodowego. Jest towarzyski, ale czasem się zawstydza. Pięknie rano wita rodziców szerokim uśmiechem. Smuci się gdy zamykam drzwi za wychodzącym do pracy Michałem. Jest połączony z naszym kotem przyjaźnią prawdziwą. Czasem śpi w łóżeczku, ale wszyscy we trójkę wolimy spać we trójkę^^. Lubi być tarmoszony, podrzucany, uwielbia "raka nieboraka". Zasypia bez najmniejszego problemu, wszystko dzięki (tak myślę) naszym rytuałom. Lubi się kąpać. Bije brawo kiedy go to poprosimy. Jest całym naszym światem. W ogóle, my we trójkę, tworzymy swój własny, najpiękniejszy świat.


          Antek nosi ubranka 80/86/nawet czasem 92. Waży 11,250 kg.





[zdjęcie niebawem]







niedziela, 24 listopada 2013

O tym jak wyszłam na zakupy




          Moja Sis przyjechała i postanowiłam wykorzystać sytuację - zostawiłam menia z Ąte i porwałam siostrę do sklepu. W Rossmanie przecena - musiałam skorzystać (Dzięki Gizanka!). Po zakupach udałyśmy się z Ulą na kawę i ciacho, o takie pyszne:





           Zrobiło się późno, prawie dwie godziny mnie nie było w domu. Pożegnałam się na spokojnie z siostrą, ale jak już weszłam do klatki - popędziłam czym prędzej na górę. W nerwach wyszukałam klucze do mieszkania, niemal wbiegłam. Chciałam ratować moich chłopaków wzajemnie od siebie ("Przecież na pewno mają już dość..." - myślałam...).

           Wchodzę i co!? I moim oczom ukazał się prze-super-ekstra-megasłodki widok:

   Anteczek wtulony w ramię taty, smacznie śpi otulony chustą kółkową*. Obaj wyglądali na zrelaksowanych. Bardzo mnie to ucieszyło. Uszczypnęło również - jak to? To nie tylko ja jestem jedyna i najważniejsza?


          Moje Słońca dwa. Miłości me!






* Chustę pożyczyłam, bo chciałam wypróbować co i jak. Na ten moment jesteśmy zadowoleni.





piątek, 22 listopada 2013

Wtorkowe spotkanie




          Znów pieję do chusty z zachwytem. Ąte chory, ale dobrze sobie radzimy. Z resztą, co Wam będę mówić - wtedy kiedy mamy niechustowe przytulają swoje maluchy i spacerują z nimi po mieszkaniu - ja robię to samo. Z tą różnicą, że nie bolą ręce i kręgosłup.



          Dziś Anteczek ma "ładniejszy" kaszel, już nie szczeka. Kaszle i kaszle, czasem go pociągnie tak, że... no wiecie, nic miłego^^ Tym sposobem ubrudził naszą  nową chustę (jak to się stało, ze jeszcze jej nie pokazałam!?), więc wyciągnęłam naszego Didymosa. O matko, co za różnica!



Nie mam zdjęć takich, które mogłabym tu pokazać. Poprawię się, wpisuję to do mojej listy zadań^^ 



Tutaj w wersji "kocyk do spacerówki"




          W poniedziałek byłam u koleżanki zdradziłam jej (sama się sobie dziwiąc), że chyba też bałabym się znów wiązać noworodka. Tak mi się wydawało, bo przyzwyczaiłam się do mojej obecnej "szmaty". Dziś, kiedy z szuflady wyciągnęłam starą maszynę - achhh, co to za materiał! Jak firaneczka, jak rajstopa! Delikatne to to, miłe, cieniutkie, pasujące. Nie, nie bałabym się zawiązać noworodka, oj nie. 



Wspomnienie




          Szukam teraz chusty kółkowej, chcemy sobie (ja chcę!) zrobić prezent okołogwiazdkowy. Chodzi mi po głowie jakiś pasiak, najlepiej mocny, taki na te nasze 11 kg i więcej. Stawiam, rzecz jasna, na używkę. Zawsze można lepszej jakości kupić po taniości i jeszcze złamana już będzie.


          Ale o czym chciałam. Marzy mi się zostać instruktorką wiązania. Chciałabym namacalnie zarażać i mieć papier pod to. Byłabym entuzjastycznie nastawiona i z radością pokazywałabym tajniki noszenia. Byłabym uśmiechnięta i wyrozumiała. Takie tam myśli chodzą mi po głowie^^





          We wtorek byłam na spotkaniu (myślałam, że to warsztaty, ale pomyliłam się - nie doczytałam) dotyczącym chustowania. Niestety, nie dowiedziałam się niczego nowego, nie spróbowałam nawet zawiązać Ąte na plecach - było to spotkanie czysto informacyjne z  jednym wiązaniem (na jednej świeżej mamie), ale takie raczej szybkie i pokazowe. Szczerze? Gdybym była mamą, która przyszła się dowiedzieć co i jak - nie porwałyby mnie te chusty.

          Spotkanie samo w sobie było w porządku, ale nie było ujmujące. Nie czułam tej ochoty od mam siedzących obok - może to wina instruktorki - nie wiem. W każdym razie, poznałam kilka nowych mam (brzuszkowych i już dzieciowych), wspaniałą panią Wiolę (organizatorkę spotkania), pewną Zosię z Michałkiem/Wojtusiem pod sercem (odezwij się!) i jeszcze coś...

         Zostałam na kolejnym spotkaniu, na którym panie rozmawiały o porodzie, przygotowaniu się do niego etc. Ach, wspomnienia wróciły jakby pojawienie się Antka miało miejsce tydzień temu! Znów się nakręciłam. Była jedna pani, Ania - mama Krysi, która miała piękny poród. Pani Wiola (no dobra Wiola po prostu - przeszłyśmy sobie na "ty") chciała, by opowiedziała o jego przebiegu, żeby inne mamy pozytywnie się nastawiały. I wiecie co? Ania nie mogła z siebie słowa wydusić, tak się wzruszyła! A ja razem z nią! Dobrze, że stałam po drugiej stronie sali i mogłam schować się za główką Antka.

          Po tym drugim spotkaniu miałyśmy możliwość zwiedzenia porodówki - poszłam, a jakże! Przecież projekt ruszył! W szpitalu, w którym miało miejsce całe to spotkanie można rodzić pięknie. Można rodzić w pozycjach wertykalnych, w wodzie, przy zgaszonym świetle, przy kadzidełkach i muzyce. Powiedziałam pani położnej:
- Ja tu jeszcze wrócę!



           Mam ochotę i nadzieję na więcej spotkań z Misiem Kuleczką. Fajnie, bardzo fajnie posłuchać, popatrzeć na nowe dzieci i nowe mamy. 


         A tak w ogóle, to jeszcze coś (o jak dziś nieskładnie!). Matrioszka (tak, ta Matrioszka!) jest z Dąbrowy. Z mojej Górniczej Dąbrowy! Zaprosiła mnie do grupy na FB i teraz (ha!) może będę miała nowe mamowe koleżanki^^ Może będzie się z kim na mieście spotkać i szturmować to miasto z nadzieją na miejsca przyjazne rodzicom! 





czwartek, 21 listopada 2013

Aktywny tydzień STOP!




          
          Poniedziałek: wizyta u Aśkowa
          Wtorek: spotkanie z Misiem Kuleczką w Katowicach
          Środa: wizyta Kubiczkowa i odwiedziny cioteczki
          Czwartek: miałam się spotkać z Żelikowską i jeszcze jedną świeża mamą - koleżanką z klasy.


           Bardzo cieszyłam się na to spotkanie, sprawdziłam sobie autobus (a jakże!), przygotowałam plecak na wyjście, sparowałam skarpetki i zapowiedziałam, że kupię ciasto. Wszystko pięknie aż tu nagle...


          Ąte zaczął w nocy gorączkować, kaszleć (właściwie szczekać), płakać. Nosiłam go ja, nosił i Michał. Rano do lekarza. Zmieniam całkowicie zdanie o naszej pediatrze. To super babka, świetny człowiek, lekarz starszy pokoleniem ode mnie. Cóż z tego, że nie zna metody BLW, skoro podziała wszystkimi podziałkami, by leczyć dzieci, nie tylko mojego malucha. Dobra kobieta i przepraszam, że myślałam inaczej.


         Antuan ma zapalenie krtani. To wcale nie "nic takiego". Mam być pilna, obserwować, a jak zacznie się problem z oddechem - dzwonić na pogotowie, nie jechać. Mają oni do nas zawitać, dać zastrzyk dziecku i wrócić sobie (najlepiej bez naszego syna) do szpitala. Jeśli to my pojedziemy - musimy mieć skierowanie, czekanie, nie wiadomo co, przyjęcie, kilka dni na obserwacji, etc. Już to przerabiałam, dziękuję.


         Na łeb, na szyję wróciłam do domu. Chciałam jak najszybciej podać dziecku medykamenty. Drogie to to cholerstwo, ale szczęśliwie pamiętałam co mam w domu i tylko jedną rzecz M. dokupi po powrocie z pracy. Pani doktor znów pożyczyła nam nebulizator. Wlałam lekarstwo, podpięłam machinę i... dupa, zapomniałam, że prądu nie ma. Jak nie urok to sraczka. Nic w domu zrobić nie można, nawet kawy. Musiałam zapalniczkę kupić w drodze powrotnej z przychodni, żeby się jej napić (kawy, nie zapalniczki^^). Nawet teraz post ten piszę off-line.


          Pani doktor albo zmieniła poglądy, albo kiedyś się źle zrozumiałyśmy. Zasugerowała, że może mamy za ciepło w domu. No bo ja w krótkim rękawku mieszkam, a Antek bez bluzy. No a Michał to nawet w krótkich spodenkach. Przecież nasze kaloryfery pozakręcane są. Takie ciepełko mamy, bo blok nam zrobili - termocośtam (ocieplili). Mam wietrzyć mieszkanie, chodzić w sweterku, dziecko ma świeżością oddychać. No to będę wietrzyć jeszcze bardziej niż do tej pory, ale z drugiej strony znów zbyt zimno nie może być - Ąte większość czasu spędza na podłodze bez pieluchy, więc szkoda dupkę przeziębić. Ale dojdziemy do porozumienia.


          Śpi ten okruszek mój mały. Dzielny chłopczyk. Zabawne, kiedy jest zdrowy i dokazuje - wydaje mi się taki duży, samodzielny. Pięknie bawi się sam zabawkami, o trzy długości jest przed dwumiesięcznym Antałkiem, goni zaciekle za Miłkiem. A kiedy tylko choroba zawita w nasze progi, patrzę na tego ludzika jak na maleństwo, ssaka małego, bezbronne dziecię. Leżeć przy nim chcę i czuwać nad oddechem spokojnym. Takie to macierzyństwo ma różne soczewki w swych okularach - zmienia się na bieżąco obraz oglądany.


        Uciekam do synka mojego. Wcale mi nie żal spotkania dzisiejszego choć tak bardzo chciałam tam być. Chciałam poznać dwóch młodzieńców a tymczasem poprzyglądam się twarzyczce Antoniego, na którą spoglądam tysiąc razy dziennie i jeszcze milion razy w myślach. Ale, chłopaki, nie martwcie się, co się odwlecze, to nie uciecze! Ciotka Maryś Was jeszcze potarmosi!




           Edit: Nie wytrzymałam, zabrałam Antosza raz jeszcze do przychodni w celu zrobienia wziewów. Wróciłam do domu, a na moje 3. piętro wjechałam windą. Jest prąd!



wtorek, 19 listopada 2013

Taka sytuacja...




           Mamuszka wybrała się dziś na warsztaty chustonoszenia aż do Katowic (przypominam - autobus szał). Ostatnim posiłkiem była zupa paprykowa, którą wraz z synem z przyjemnością zjadła okolo godziny 15. Spotkanie miało być o 17, powrót do domu (wyszło w praniu) kilka minut po 21.

          Mamuszka (jako, że matką karmiącą jest) zapakowała prowiant dla siebie i syna:
- plastry zielonego ogórka,
- kawałki papryki,
- prażone jabłko,
- całe jabłko,
- cały banan,
- kawałek bułki grahamki,
- woda.



           Żarcie (że się tak wyrażę) zostawiłam w lodówce!


           Dobrze, że o cyckach nie zapomniałam, bo byśmy wyglądali jak para zombie...








          A gdy my bawiliśmy się z Misiem Kuleczką, tatuś nasz przygotowywał niespodziankę dla Mamuszki. Proszę.










          Pyyycha, cudny mąż mój! Trafił w dziesiątkę!





poniedziałek, 18 listopada 2013

Szybka kawa czyli jak wyjść z domu na parę godzin




           Ubrałam siebie, syna, zamotaliśmy się. Wyszliśmy na przystanek (bojkotujemy samochód - Ąte znów silnie protestuje i foteliku siedzieć nie chce), pojechaliśmy do 3A. Dostaliśmy nie tylko kawę, zasiedzieliśmy się, zamarudziliśmy Asię. My dziewczyny synów wyspałyśmy, pogadałyśmy, pośmiałyśmy się i  w końcu po ciemku z synem wróciłam do domu. 


          Antałek Aśkowy jest wspaniały. Maluszek malutki. Skrzypiący jeszcze, ale już patrzący i uśmiechnięty. Mmmm... i pachnie mamusinym mlekiem przytulak mały. Fajne takie dzieciorki małe. Mój Antuan przy nim wygląda jak stary wyga, wyjadacz. 


          Obecny tydzień to tydzień wyjściowy. Nie będę siedzieć w domu, o nie. Jutro warsztaty motania w Katowicach. Doczekać się nie mogę!



           A dziś syn mój dorosły zrobił tacie "papa" na  pożegnanie. I jeszcze coś. Kiedy rano chciałam go posmyrać po pleckach - zastygł w bezruchu prężąc plecki i mrużąc oczka. Ma to po mamusi. Niech żyją poranne pieszczotki!





niedziela, 17 listopada 2013

Bawimy się!




          Wczorajszym wieczorem zauważyłam nominację dla mnie - wybrała mnie do zabawy Megi. Bardzo dziękuję!







          Lubię takie zabawy, zatem nie będę zwlekać, podam Wam 7 faktów o mnie. Takich, o których prawdopodobnie nic nie wiecie.



1. Mam kolczyk w języku. Bardzo go lubię i myślałam, że zrezygnuję z niego kiedy zajdę w ciążę. Niestety. Wyjęłam go pod koniec, bo byłam cała opuchnięta, włożyłam po połogu.

2. Każdy rok edukacji aż do ostatniej klasy gimnazjum kończyłam z pięknym świadectwem z wyróżnieniem. Skończyło się w liceum, tam dałam po bandzie: wagary, wagary i takie tam.

3. Tutaj bez komentarza, a co^^




4. Mój mąż jest moim pierwszym mężczyzną. If ju noł łat aj min^^

5. Uwielbiam chodzić w mężowych skarpetkach! Radość tym większa, kiedy nie zauważa, że je mam na stopach:D

6. W gimnazjum należałam do drużyny reprezentacji szkolnej. Grałyśmy w siatkę, bardzo to lubiłam. W liceum nie podjęłam "współpracy" ze względu na moje kompleksy.

7. Jeździłam samochodem bez prawa jazdy. A co tam, umiałam jeździć^^.



          Takie błahostki, a sympatyczne. Zapraszam do zabawy:




          Pamiętajcie dziewczyny: należy ujawnić 7 sekretów o sobie i zaprosić do dalszej zabawy 7 kolejnych autorek/autorów.

         

          Proszę, dajcie znać jak już opowiecie o sobie^^







sobota, 16 listopada 2013

W pracy wizyta informacyjna




          - Janie*, lubię Ciebie, lubię moje biurko, tęsknię za pracą. Ale jest coś o czym powinieneś wiedzieć. Chcę być lojalna. Nie wracam do pracy. Tzn. wrócę, ale jeszcze nie teraz. Chcemy powiększyć rodzinę o kolejnego Bobasa.
- No cóż, będziemy czekać, masz moje słowo.



          * Jan to imię zmienione, tak naprawdę jesteśmy z szefem na per pan (z mojej strony). Rozmowa maksymalnie skrócona, w rzeczywistości trwała długo. 


          Mamy w planach następnego Bobasa, przygotowujemy się. Projekt ruszył, biorę kwas foliowy, dbam o siebie, nastawiam się na kolejną (piękną? - mam nadzieję) ciążę. Wiem, że to nie "rozrusznik samochodowy", ale mam nadzieję, że już niedługo rozpocznie się piękny proces symbiozy. Czuję się jak wtedy 13 lutego 2011 r., z tą różnicą, że teraz wiem co mnie czeka.



          Patrzę na mojego synka małego i serce napełnia mi się miłością. Będzie kolejny maluch, musimy nad tym popracować. Co to będzie, jak będzie? Jak będę się czuła? Jak Antoni zniesie mój odmienny stan? A jak Michał? Co z karmieniem piersią? Prawda, że Antoni nie odstawi się sam, prawda? (Proszę! Proszę! Proszę!). Jak to jest karmić w tandemie? Czy to moje nowe marzenie? Czy poród będzie piękny?


          Jeszcze nie jestem w ciąży. Czekam na dwie kreseczki mówiące: "Rodzice, jestem tu, kochajcie mnie!".


          Oszaleję z radości na samą myśl!