sobota, 8 listopada 2014

Otwieram się - kilka słów o ciążeniu




          Ładny żółwik, prawda?






          A jakże, ładny, bo ładny, każdy widzi. Skorupkę ma, nóżki, ogonek (tu akurat nie widać), na łepetynce z rozmarzeniem przymknięte oczy i słodki półuśmiech. Też mi się podoba.




          Nie, to nie reklama. To metafora taka.



         Nie jestem gazelą, to jasne. Zajączkiem też nie. Mogłabym być kalafiorem, ale on taki bez życia (a ja z życiem!? hehehe!). Najpierw mówiłam o sobie "wieloryb". "Wieloryb na mieliźnie", bo zaczęły się problemy w łóżku - a to z odwróceniem, a to z poprawieniem poduszki, a to z oddychaniem, a to cokolwiek. Ale ten wieloryb jakoś mi nie pasuje, bo szczupła jestem, więc zbyt przerysowałam - tak myślę.



          Później wizualizowałam sobie niczym Ally McBeal (pamiętacie?) siebie jako żuczka/biedronkę - ot biedne stworzonko odwrócone na plecki i pozostawione same sobie. Żuczek miło brzmi, ale jednak szybko przestało pasować - i jedno i drugie szybko macha łapkami, ma energię, walczy zaciekle. A ja? Ekhm, ostatnie porównanie najlepiej obrazuje stan rzeczy.



          Oto Mamuszka w nowej odsłonie:




          Jestem żółwiem odwróconym na grzbiet. Rozpaczliwie acz ślimaczo macham nieproporcjonalnie krótkimi odnóżami celem uzyskania prawidłowej pozycji. Jestem sama, Michał w pracy. Przecież nie mogę tak do 17, skoro dopiero 9:15! Macham rękami aby przeciwwaga mnie trochę szarpnęła. Nic to nie daje. Łapę pierwszą lepszą rzecz z boku - może być piłka, pilot, kot nawet może być. Robię zamach i oto udaje mi się usiąść. Teraz muszę wstać, bo Antek ponagla.
- Synku, mama nie daje rady - tłumaczę, choć nie oczekuję zrozumienia.
A to złote dziecko łapie mnie swoimi łapeczkami za ręce i podnosi je do góry. Skrzydeł, skrzydeł mi dodał, już mam siłę wstać z pozycji "po turecku". Cudowny on!




          Kto jest ze mną od początku mojego macierzyństwa (kiedyś tutaj), ten doskonale wie jak dobrze czułam się w pierwszej ciąży - o mateczko! Celebrowałam każdy moment, każdą chwilę, każdą nanosekundę. Owszem, zdarzały się pewne dolegliwości, ale były one niczym w porównaniu z falą radości, optymizmu i miłości jaka we mnie rosła.



          Obecny mój stan jest równie radosny, ale cięższy. Kocham Poleczkę moją, naszą. Okruszynę Bożego Chleba - jakby to Ula moja ujęła, ale cóż... proza życia przygniata mnie, mój umysł, mięśnie, pęcherz, kręgosłup i wszystko, wszystko inne!


           W Antuanowej ciąży chodziłam dzielnie do pracy. Byłam elegancko ubrana, zawsze umalowana, prawie zawsze skupiona i gotowa do działania. Wszystko co robiłam było na poziomie moich rąk i oczu. Teraz jest zupełnie inaczej - schylam się, ciągle się schylam. Butki założyć, pocałować czuprynkę, podnieść zabawkę/widelec/całe dziecko, wytrzeć podłogę, zabrać telefon, matko, cała ciąża schodzi mi na schylaniu!



           Czuję jak krew spływa mi do głowy, tętni pod kopułą, serce zaczyna szybciej bić, pod oczami mroczki, ojej! A jak się schylę prawidłowo, to kolana pękają, stawy bolą, uda pieką. No życie, życie podwójnej matki^^.



          Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował, to napiszę wprost. Dzisiejszy post sponsorowany jest przez zmęczenie i właśnie marudzę sobie i narzekam. Tak mi źle!



          Jestem aspołeczna. Nie chcę rozmawiać z ludźmi. Nie chcę chodzić na spacery. Nie chcę pisać za dużo i nie mam ochoty na ploteczki o dupie maryny. Mam dość ciągłego gadania o tym jak mi źle i że może lub (o zgrozo) nie może mi być właśnie tak. No dobra, są wyjątki bliskie sercu, z którymi chcę pogadać, się zobaczyć i być na bieżąco - ale to są bliskie mi osoby, a reszta... No dziękuję, nie potrzebuję.



           Wyobrażacie sobie, że dzwonię do męża i pytam:

- Kotek, a co ja dziś miałam zrobić?
- Skarbie, miałaś zadzwonić do Artura i...
- Acha i nakarmić kota?
- No to też możesz, ale miałaś zapytać Muchę o tapetowanie.
- Acha, no tak...



        Albo sytuacja taka: Wybieram się z Ąte do sklepu. Do Lidla mianowicie, który jest zaraz obok - no rzut beretem po prostu. Ubieram siebie, jego, zabieram coś tam, nie, nie te buty, dobrze, może być ta czapka, Anteczku, wejdź do wózka, chcę już wyjść. Tak, naciśnij guzik po windę. Już się ze mnie leje. Ostatkiem sił zapinam pasy Antuanowi. W głowie jak mantrę powtarzam "zadzwonić do mamy, zadzwonić do mamy". Antek zajął się samolotem, wspaniale, nie ma ochoty rozmawiać ze mną, zatem sobie moim żółwim tempem pcham ten nieobliczalnie ciężki wózek przed siebie. Idę i zadziwiam się ułożeniem terenu - mieszkam w górach chyba! Pcham czterokołowca, za chwilę on ciągnie mnie, przed nami krawężnik i wyboista ścieżka. Wybieram dłuższą (o 2,5 metra!) drogę i idę chodnikiem. Światła, oby było czerwone dla nas, oby było. Jest! Zatrzymuję się, schylam, daję (no dobra - biorę) buziaka, zielone, idziemy. Przeczłapuję przez pasy z nadzieją, że wyrobię się i zdążę na drugą stronę. Krawężnik znów. Naciskam ciężki wózek, wtoczyliśmy się na chodnik. Jeszcze tylko minę dwa iglaste drzewa i będziemy na parkingu. Co to ja miałam? Hmmm? A! Zadzwonić do Artura. Kuuuuu*wa!!! Nie mam torebki! Nie mam torebki! Nie mam portfela i telefonu, stoję u progu Lidla. Połykam pierwsze łzy, następne ciurkiem lecą po policzkach. Całe szczęście, że Antek zajęty zabawką. Odwracam się na pięcie by pokonać tę trasę jeszcze trzy razy - teraz, z powrotem z torebką i znów już z zakupami. Kurtyna, cholera.



          Chodzę i przekładam rzeczy z jednej kupki na drugą - to chyba po babci Mili mam. W domu mały remont, takie tylko odświeżenie, ale mnie to przerasta. Przesadziłabym kwiatki - no wariatka! Chcę robić rzeczy, które z naszego obecnego punktu widzenia są zbędne, a te konieczne (np. umycie lodówki) skrupulatnie odkładam na później. A co tam. Ganię się w myślach, ale nie mam jak (nie umiem) się zebrać.




          Noce ostatnie złe, bardzo złe. Pochwaliłam się na Facebooku, że Anteczek ma suchą pieluchę nocami. Skucha, bo do czasu. Teraz zęby go męczą, mieli mnie non stop, mleko nie leci, ale pierś musi być. A jak nie ma, to wszystko jest złe - mama zła, kołysanka zła, kołderka, podusia są złe, tata zły nad wszystko. Nie dotykajcie mnie, zaraz sam zasnę, tylko chwilę zedrę gardło (15 minut). I zasypia nasz robaczek odkryty z dupką wypiętą ku górze i rączkami schowanymi między kolankami. Ale nie śpi normalnie, byle mój ruch, byle ruch Poli (naprawdę!) wybudza go i już siedzi i pyta:
- Mama?
- Tak, jestem syneczku.


        I tak od np. od 1 do 3 (serio, serio), a ja spać idę dopiero po 5, może po 6.




          Kocham tego mojego szkrabika, lubię być w ciąży, ale martwi mnie narastający we mnie niepokój, zdenerwowanie. Czy to chęć odpoczynku przed porodem? Wszak to już niedługo, świadczą o tym skurcze. A może jesień? A może po prostu zmęczenie materiału? A może zupełnie coś innego?


        Każda ciąża jest inna, nawet u tej samej Mamuszki. Tym razem mój stan ciąży mi od połowy 7. miesiąca. 





28 komentarzy:

  1. Jak ja Cię doskonale rozumiem!
    I spokojnie, aspołeczna też się stałam. Wszystko mnie irytuje, a najbardziej pragnę położyć się na brzuchu i przespać całą noc bez konieczności wstawania na siku ;)
    Mój Paweł umiera ze śmiechu jak widzi to moje nocne "wstawanie" - no bo przecież się nie poniżę i nie poproszę o pomoc. "Ja sama" to moja ciążowa dewiza ;) Co prawda, z boku musi to wyglądać komicznie, bo zajmuje mi dwa razy więcej czasu i mam do tego minimum dwa podejścia (trzeba się porządnie rozhuśtać!) no ale jakoś wychodzi.
    Ciężki los ciężarówek, ale damy radę :*
    P.S.
    Czuję się jak Hipcia jakaś, to zdecydowanie dobre porównanie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rozhuśtywanie to opatentowałam już w pierwszej ciąży. Ale wtedy było mi jakoś łatwiej, teraz mam napady totalnej frustracji i niemocy. Ale paradoksalnie - czuję się szczęśliwa i radosna, ale zmęczona fizycznie po prostu. Hormony, cholera. A spanie na brzuchu? No, jak się laktacja uspokoi to wtedy będę korzystać:D
      Trzymam kciuki i za Ciebie!

      Usuń
  2. Czytając początek, strasznie się ubawiłam :D
    Czytając dalej, przypomniałam sobie jak to wygląda na końcówce i zrobiło mi się Ciebie szkoda, ale już blizej niż dalej! Powodzenia, trzymam kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Dziś mam dużo lepsze samopoczucie, ale kiedy pisałam ten post to naprawdę było mi siebie szkoda;)

      Usuń
  3. Powiem szczerze Maryś, że Twój post mógłby całkiem dobrze sprawdzać się jako środek antykoncepcyjny ;P
    A tak serio, to bardzo mi Cię szkoda, to na pewno nie lada wyzwanie w tym stanie zajmować się dzieckiem, ale trzymam kciuki, żeby jak najszybciej jak to możliwe (i bezpieczne dla Poleczki) skończył się dla Ciebie ten ciążowy czas. I życzę Ci pełnych pokładów energii po rozwiązaniu.
    Dasz radę, jeszcze chwilka! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nie o to chodzi, żeby kogoś straszyć;) Trochę ponarzekam, bo chcę, żeby tu prawda była a nie tuszowanie rzeczywistości. Przy Antkowej ciąży zachwalałam swój stan - zgodnie z prawdą, to tu muszę zgodnie z nią pochlipać nad własnym losem, hihi.
      Dziękuję za miłe słowa:* Mam nadzieję, że ta energia szybko do mnie dotrze;)

      Usuń
  4. Maryś Kochana! Ja w ciąży wstawałam po 2-3 razy do wołającego z drugiego pokoju syna. Przedszkole wychodziło i tęsknota za mamą. A może i przeczucie, że idą zmiany także. Zrywałam się na równe nogi z wielkim brzuchem i biegłam do syna! Noc w noc! Jeśli zaś chodzi o sytuację Lidlową... Miałam podobną ostatnio. Jechaliśmy do koleżanki na wieś. Obwieszona torbami, Polka na rękach, Tymek przy ręce, szarlotka ciepła w torbie! Dokulaliśmy się na parking, do którego kawałek iść trzeba. Otwieram auto..Patrzę..Nie ten kluczyk! Wzięłam kluczyk od auta męża, w którym nie ma fotelików. Wracałam do domu z dziećmi i łzami w oczach i odpadającymi rękoma. Maryś, już niedługo i będzie Poleńka i wszystko nabierze nowego wymiaru! I nawet jeśli chwilami będzie ciężko, bo być może, to wciąż utrzymuję, że będzie przecudnie! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, bardzo poprawiłaś mi humor swoim komentarzem:D ja naprawdę byłam zrozpaczona na tym lidlowskim parkingu. Czułam, że cały świat jest przeciwko mnie;)
      Czytam Twój blog i widzę, że świetnie sobie radzisz, umiesz znaleźć spokój i równowagę. Uczę się od Ciebie!
      I wierzę, że spełnią się Twoje obietnice, że będzie u nas przecudnie:*

      Usuń
  5. no dla mnie przejście nawet do sklepu jest ciężką przygodą. Co chwile kłuje , napręża się ... mimo że na wczoraj termin tak póki co nic się nie dzieje... ale na 11.11 mam już skierowanie do szpitala choć wolała bym żeby sama w końcu wyszła a nie żebym miała wywoływany poród... ale podziwiam Cię bo jak bym miała zajmować się dzieckiem i to takim małym jak Antuan to nie dała bym rady. Sama skarpetki włożyć nie potrafię bo jest mi ciężko a dzieckiem trzeba się jednak zająć... a opowieść o wstawaniu z łóżka to jakbym siebie widziała. Już mam tak wyćwiczone mięśnie rąk że niedługo to mogę konkurować z pudzianem :D Podnieść 101 kg to niezły wyczyn :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, zaraz będziecie razem, zgubisz nadprogramowe kilogramy i poczujesz się pełna energii:) Czekam na wieści!
      Przy drugim dziecku nie ma zmiłuj - najpierw sapiesz nad swoimi skarpetkami, potem nad skarpetkami starszaka;) Ale za to można na głos pomarudzić;)

      Usuń
  6. Ej a do jakiej grupy ja się zaliczam?! Bo tak piszę i piszę do Ciebie i truję Ci dupeuszkę.
    Dziś mam doła i byłam blisko Was. Arek nawet oferował mi, że kupi wino, wyrzuci mnie u WAS pod blokiem i pojedzie sobie z Antkiem... Skorzystałabym z jego propozycji gdyby nie Twój stan i Wasz mini remont ;) Siedziałabym, piła i płakała... o tak...



    Ściskam Cię mocno Ty mój ŻÓŁWIKU ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asia, no jak to do której? Skąd to pytanie!?

      Jak już będzie po remoncie, to chętnie popatrzę jak pijesz to wino w moim nowym pokoju:D Smutki a sio!

      Usuń
  7. Znam to bardzo dobrze i wiem, że dasz radę. Muszą być gorsze dni żeby mogły być lepsze. I wierz mi - jesteś wielka !!! A kiedy jest gorzej - trzeba mówić, narzekać, nawet płakać i krzyczeć - bo te wszystkie emocje trzeba wyrzucić z siebie i podzielić się nimi ze światem, choćby nie wiem jak ten świat się przed nimi bronił. Podziwiam, rozumiem, nie dziwi mnie to, wiem jak to jest i wspieram bardzo, bardzo mocno. Wiola.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz. Dziękuję za wsparcie, to dla mnie bardzo ważne: Zwłaszcza, że wiesz o czym piszesz. :*

      Usuń
  8. Znam ten stan, chociaż ja muszę przyznać, że miałam w sobie tyle energii, że mogłam góry przenosić, No ale czasem czułam się cieżko, wielka kluska z piłką na przodzie ;) Ostatnie dni spędziłam w szpitalu, to dopiero była trauma, na łóżku szpitalnym nie da sie spać! Każdy mój obrót, powodował zgrzyt i wkurzenie współlokatorek ;) Ale ja tak walczyłam o tą drugą ciążę, że każdą chwilą się cieszyłam. Uwielbiam być w ciaży!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i powodzenia, będzie dobrze ;)

      Usuń
    2. Och, i ja uwielbiam być w ciąży:D Ale czasem jak obowiązki się spiętrzą to jestem bardzo zmęczona swoimi ograniczeniami tym bardziej, że w poprzedniej ciąży wszystko przychodziło tak łatwo...

      A tych ostatnich dni w szpitalu to boję się najbardziej. Nie chcę i już! ;)

      Usuń
  9. Żółwiku, żółwiczku mój maleńki. Masz takie cieniutkie nóżki jak biedronka czy ten Żuczek, reszta się zgadza :/
    Bo ta lodówka, zakupy, spacery w takich ciężkich warunkach miały być moim wyzwaniem. Dasz radę. Tylko jedz... :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ula, no przestań. Moje obowiązki to moje obowiązki, ale taki relaksik przy kawie w Twoim towarzystwie... no jak najbardziej - marzy mi się:*

      Usuń
  10. opowieść o żółwiku bardzo fajnie napisana, ale Ty biedny żółwiku zmęczona jesteś... oj jak ja Ci tego odpoczynku życzę, bardzo no! Trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwolniłam tempo, samopoczucie coraz lepsze:D

      Usuń
  11. Kochana moja, przesyłam Ci tyle siły, pamięci i uśmiechu ile tylko zdołają unieść promyki słońca, które zaniosą je do Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
  12. Raz się jest strusiem pędziwiatrem, a raz żółwiem :) nie martw się :D pewnie jeszcze będziesz to miło wspominać i się z tego śmiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już dziś patrzę na ten wpis innym okiem. Wystarczy trochę odpocząć, wrzucić na luz i już jest inaczej. Dziś jestem leniwcem;)

      Usuń
  13. Świetny wpis, bardzo prawdziwy :) Uśmiecham się, ale wiem, co to znaczy :).Mi też mała stawia nowe wyzwania. Wychodzić mi się nie chce. Przewrócenie się z boku na bok w nocy to okazja do gimnastyki (gramolenie się na czworaka, bo przez plecy za bardzo boli, i opadnięcie w tempie zwolnionego filmu na drugi bok). Przestałam wychodzić. Nie lubię słuchać rad "a, wysoko masz brzuch, to jeszcze pochodzisz", "nie martw się, bedzie dobrze" (skąd wniosek, że się martwię??), "widać, że już zaraz urodzisz" (no dobra, te akurat tak, bo już czekam na ten poród). Wyjście do sklepu - 30 min zbierania się, żeby na dole zauważyć, że nie mam czapki dla małej (aa!!), a nie, jednak jest (hurra!!!), a potem "tam nie wolno, chodź tutaj, nie idź, chodź, no chodź, proszę,chodź, mama musi siusiu..." ło matuchno. Dobrze, że to tylko jedna strona ciąży, bo generalnie też uwielbiam być w ciąży. Pozdrawiam! I dobrego rozwiązania życzę

    OdpowiedzUsuń
  14. Pingwinek jest Ci wdzięczny za ten post, wszystko w samo sedno! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bez kozery odpowiadam Ci zawsze, że rozumiem ;) :*

      Usuń

Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad. Śmiało, komentuj!