wtorek, 18 marca 2014

Miłość mnie rozrywa!




           Sięgnęłam do przeszłości, poleciłam rok wstecz. Naczytałam się siebie jak to było jak jeszcze mojego dziecka nie było w naszych ramionach, jak czekaliśmy na spotkanie z nim, jak wyobrażałam sobie moje macierzyństwo i wszystko, wszystko inne.








            Ludzie złoci, jaka ja byłam szczęśliwa! Jak ja przeżywałam każdy moment, każdy jego ruch, każdą naszą decyzję. Sobie głupiutka gdybałam o porodzie (odważna byłam, nie ma co!), o karmieniu, o wielopieluchowaniu czy chustonoszeniu. Wyobrażałam sobie mojego syna, nazywałam go Bobasem/Tośkiem.


          A teraz?



         Ludzie kochani, jaka ja jestem szczęśliwa! Jak ja przeżywam każdy moment, każdą jego nową umiejętność, każdą naszą decyzję. Patrząc na śpiące dziecię nasze wracam niemal co noc do porodu (och, endorfiny wtedy produkuję!), karmię z przyjemnością, pieluchy to proza dnia a w chustonoszeniu jestem rozkochana jak w kp. Podziwiam nasze dzieło, patrzę na rączki, buziunię, stópcie, dupcię, oczątka moje śliczne. Nazywam go Antuanem, Misiem-Żabką, Antonim.



          100% zadowolenia. Czyż mogę narzekać? Czy mogę mu nie wybaczyć samochodowych histerii? Czy powinnam wbrew jego opinii (jego opinii!) kazać przytulać osoby, których przytulać nie chce? Czy mam go mniej tulić? Nie nosić? Zadecydować kiedy nie dam piersi?


        O nie! Nie mogę - przecież współgramy, jesteśmy drużyną. Głupiutka byłam myśląc, że symbioza kończy się z dniem porodu. Zmienia się, więź jest wtedy inna, ale symbioza sama w sobie dalej trwa - potrzebujemy się nawzajem. Mało tego. Nam potrzebny jest jeszcze tata. Na początku więź jest mocno fizyczno-psychiczna, później trochę mniej, jeszcze później pewnie przyjdzie nam być blisko wyłącznie psychicznie, bo Ąte nastolatek może nie będzie chciał tulić się do rodziców, ale wierzę, że długo, długo, długo będziemy trwać w symbiozie (zdrowej!) polegającej na bliskości psychicznej.


          Chcę by mój syn zawsze wiedział, że może na mnie liczyć, żeby czuł, że go kocham, że jestem, że na każdą jego prośbę o pomoc przybiegnę. Chcę ja móc liczyć na niego, chcę zasięgać opinii u niego, chcę przeglądać się w jego oczach tak jak teraz. Hmmm... Odbiegam od tego co chciałam napisać, ale to też ważne!



          W każdym razie - za chwilę minie rok odkąd zdarzył się nasz prywatny cud. 12 miesięcy temu miałam zrobiony profesjonalny pedicure - to był znak, że czuję się gotowa na rozwiązanie^^. W komodzie czekały świeżo wyprane ubranka, pieluchy. Pełno było oczekiwania, miłości, ciekawości. Rosło w nas podniecenie, a ja cieszyłam się ostatnimi chwilami pięknej (wspanialej!) ciąży.









          Patrzę teraz na Ąte, który kombinuje coś z pilotem... Czy ten post jest o moim małym Bobasie? Czy to o nim piszę? W głowie mam żółtego jeszcze od bilirubiny noworodka a przede mną stoi chodzący już chłopczyk. Jak to wszystko się zmienia! Tylko miłość ma jest niezmienna i szczęście i radość!






17 komentarzy:

  1. Jak ten czas szybko leci. Pamiętam jak dziś, gdy czytałam Twoje ciążowe wpisy. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Sama się dziwię, że tak pędzi.
      Nie zdawałam sobie sprawy, że tak długo ze mną jesteś, dziękuję:*

      Usuń
    2. Jestem, jestem i dobrze pamiętam to malowanie paznokci przed porodem. :D

      Usuń
  2. oj tak! Nastawienie zmienia się z tego przedporodowego na to poporodowe... Wtedy sobie próbowałaś wyznaczać granice, a teraz to razem te granice wyznaczacie. U nas zdecydowanie współgranie. To najlepsza z możliwych (dla nas) opcji :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Mariola, ale miałaś okrągły brzuszek na tym pierwszym zdjęciu :D to chyba musiało być przed samym porodem? Do twarzy Ci z ciążą ;D

    A Ąte ma przystrzyżone włoski może?? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Koko, to było chyba na tydzień przed rozwiązaniem. Był taki okrągły, wysoki, lubiłam go:) Dzięki:*

      Ąte z tyłu ma takie karczycho;) do tej pory przystrzygłam mu (ha, samodzielnie) jedynie grzywkę. I to dwa razy:D W ogóle nie chcę mu obcinać włosków na razie. Mam wizję czupryny na jego główce i czekam i czekam;)

      Usuń
  4. Ja kończę właśnie piąty miesiąc ciąży:) Też jestem ciekawa konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością :) Pozdrawiam, Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem kibicuję, żeby kocówka i poród były piękne, a nowa rzeczywistość zaskoczyła jedynie pozytywnie:)

      Usuń
  5. tak szybko się zamieniają z bobasów w chodzące mini - ludziki! kiedy to się dzieje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie wiem, nie wiem! A chciałabym czasem zatrzymać świat, nie musieć czegoś roić i tylko patrzeć jak to moje dziecię jest właśnie takie jakie jest w danej chwili, bo w kolejnej sekundzie już jest inne... Ło... jaka nostalgia mnie porywa;)

      Usuń
  6. cudowny miałaś brzuszek, ciąża to wspanialy stan, też za tym stanem tęsknie... uwielbiam! A Antoś- coraz większy, nie mogę uwierzyć, że to już roczek, jeszcze niedawno czytałam o Twoim porodzie i cofałam się wstecz do Twych przygotowań do ciąży...;) jesteś wspaniałą mamą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) To bardzo miłe co piszesz:)

      Usuń
  7. A ja czuję, że i miłość się zmienia i z każdym dniem jest coraz silniejsza :)
    Linkuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ owszem, staje się silniejsza, ale ciągle jest nieopanowana, największa, wychodząca z całego ciała, umysłu, wirująca... matczyna:D Boziuniu, jak ja go kocham!

      Usuń

Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad. Śmiało, komentuj!